sobota, 2 czerwca 2012

Mój teleskop i plany na tranzyt

Niedawno kupiłem sobie teleskop i już w minionym tygodniu go wypróbowałem. Jest świetny.
Ale najpierw może o mnie i astronomii.

Astronomią zainteresowałem się stosunkowo jak na siebie późno. Zasadniczo byłem dzieckiem bardzo ciekawym świata (coś mi jeszcze z tego zostało), i zainteresowanym naukami ścisłymi. Chemią zainteresowałem się już w szkole podstawowej i to na tyle skutecznie, że zostałem na próbę dopuszczony do olimpiady. Z nauk przyrodniczych zainteresowała mnie botanika - kupiłem sobie książkę na temat rozpoznawania roślin, przejrzałem zielniki i od czasu do czasu błyszczałem na lekcjach biologii. Zbierałem kamienie i skamieniałości, tylko zbieranie żuczków i motylków mnie nie zaciekawiło.
Co do astronomii to zasadniczo miałem wiedzę o tym co tam się dzieje w kosmosie, czym są gwiazdy, galaktyki i mgławice, ale nie pociągało to za sobą znajomości nieba. To zaskakujące, ale nie potrafię sobie przypomnieć z tych dawnych czasów abym zauważył na niebie jakiekolwiek konstelacje, choć dobrze pamiętam jak pierwszy raz rozpoznałem kaniankę pokrzywową na wycieczce w czwartej klasie. Potwierdza to regułę, że rzeczy na które nie zwracamy uwagi nie zapamiętujemy. Wówczas owszem, często patrzyłem na niebo, ale nie na to co się na nim znajduje. Pamiętam na przykład, że pewnego razu późną jesienią zobaczyłem na niebie coś jakby grupkę gwiazd, w załzawionych oczach rozmywającą się do obłoczku. Uznałem wówczas że mam do czynienia z Małym Obłokiem Magellana. Dlaczego akurat małym? Bo był mały; przecież Duży Obłok powinien być większy, no nie? Oczywiście były to Plejady.
Tak więc pierwociny mojego zainteresowania niebem nie wyglądały za dobrze. Zmieniło się to gdy na Boże Narodzenie roku 2003 dostałem w prezencie zabawkową lunetę. Był to nieduży refraktor, składający się z plastikowej rury o średnicy jakiś 2 cm z wymiennymi okularami dającymi różne powiększenia od 5 do 30 razy, na niedużym trójnogu, z lusterkiem pozwalającym spojrzeć pod kątem 90 stopni, co było bardzo przydatne do oglądania obiektów wysoko na niebie. Już pierwszej nocy wypróbowałem ją na Mizarze i wprawdzie rozdzielił tą gwiazdę na dwa składniki, ale szybko poznałem dużą wadę przyrządu - rura wewnątrz była gładka i każdy jaśniejszy obiekt był otoczony przez cztery odbicia. Mimo to używałem go przez kilka miesięcy, dopóki nie odłamała się plastikowa śruba mocująca. W Plejadach było przezeń widać kilkanaście gwiazd.

Za możliwością oglądania konkretnych obiektów poszło też dokształcenie w znajomości nieba. Z kilku książek na ten temat za najlepszą uważam obszerną choć nieco już starą "Niebo na dłoni". Wkrótce kupiłem własną, zawierającą mapy ruchu planet i planetoid na lata 2004-2008, zaś w opisach gwiazdozbiorów uwzględniono już informacje u egzoplanetach, oraz podano mapki gwiazd odniesienia dla gwiazd zmiennych. Jak na książkę przeznaczoną dla szerokiej rzeszy miłośników, całkiem przyzwoita. Szybko zdobyłem orientację po niebie.
Moja książka i zaćmione słońce prześwitujące przez liście drzewa 1 sierpnia 2008. Relację z tamtego pokazu (mnie tam nie pokazali) można zobaczyć tutaj

Nieco później dowiedziałem się że znajomi mają u siebie lunetę, ale nie używają, miał to być prezent-niespodzianka dla ich syna ale chłopiec nie był zainteresowany. Gdy pierwszego wieczoru pokazałem że umiem się czymś takim posługiwać, pożyczyli ją mi "na wieczne nieoddanie". Był to jak dla mnie duży postęp. Był to refraktor 55 mm, nie pamiętam jakiej marki, z obiektywem zamocowanym na stałe, ale za to z pokrętłem regulującym powiększenie. Gdy przekręcałem obiektyw, soczewki przymocowane do spiralnych rowków przysuwały się lub odsuwały, zmieniając ogniskową. Luneta  dawała mi sporo satysfakcji. W Plejadach przy dobrych warunkach i po przyzwyczajeniu się do ciemności dawało się dostrzec do 33 gwiazd. Poznałem też wiele innych gromad gwiezdnych.
W 2004 zdążyłem już zaobserwować przy jej pomocy tranzyt Wenus.
Orbita planety Wenus znajduje się wewnątrz orbity Ziemi, jest więc bliżej Słońca niż my i co pewien czas przechodzi między tymi dwoma ciałami. Jednak jej orbita jest niejako przekrzywiona w stosunku do naszej, toteż zwykle przechodzi z naszego punktu widzenia kilka stopni nad lub pod Słońcem. W przeciwnym wypadku tranzyt następowałby co roku. Aby przejście na tle słońca mogło nastąpić, Wenus musi się znaleźć w punkcie węzłowym, a więc tam gdzie orbita przecina ekliptykę i gdzie znajdzie się nie nad i nie pod ale na wysokości słońca. W dodatku Ziemia musi się znaleźć w tym czasie w pobliżu tego punktu. Geometria orbit i synchronizacja obiegów sprawiają, że tranzyty następują w parach co 8 lat, zaś jedna para tranzytów jest oddzielona od drugiej o 105-121 lat. Rzadka okazja, przyznacie.
Toteż udałem się pod blok i tam oglądałem. Najpierw postanowiłem spróbować obserwacji bezpośrednich. Oczywiście gdybym oglądał słońce przez niezabezpieczoną lunetę, skupiony blask wypaliłby mi wzrok (teleskopy są tutaj o tyle dobre, że przez lornetkę na słońce spojrzeć można tylko raz a przez teleskop dwa razy), toteż patrzyłem przez filtr. Zaskakująco dobrze sprawdzały się w tej roli dwie warstwy srebrnej folii którą owija się w kwiaciarniach bukiety. Potem zdjąłem filtr i obserwowałem jak kropka wenus przesuwa się na tarczy słonecznej przy pomocy projekcji okularowej. Załapała się nawet przechodząca obok sąsiadka.

Aluminiowy wysoki trójnóg nie był jednak zbyt stabilny i odtąd moją zmorą stało się drżenie obrazu, oraz konieczność dokręcania śrub mocujących.
Do najbardziej ekstrawaganckich akrobacji jaki z tym sprzętem wyczyniałem, doszło gdy chciałem obserwować kometę Machholza w grudniu 2005 roku. Znajdowała się wówczas bardzo wysoko, niemal w zenicie, a tak bardzo zadrzeć obiektywu nie mogłem. Należałoby zatem mocno przekrzywić statyw, ale tak, aby był w miarę stabilny, bo każde drgnięcie zamazywało obraz. No i w dodatku pod lunetą musiało się znaleźć miejsce na mnie. Obserwowałem wówczas z terenów na tyłach kościoła, gdzie brakowało przeszkadzających latarni, tuż obok znajdował się murek okalający schody do piwnicy. Ustawiłem więc dwie nogi statywu na ziemi, wciskając w cienką warstwę śniegu, zaś trzecią postawiłem na tym murku, przez co statyw uzyskał odchylenie około 30 stopni i zaczął objawiać skłonność do wywracania. Przesunąłem zatem trzecią nogę nieco dalej, aby zahaczyła ogumieniem o krawędź murku, przez co teleskop nie tyle opierał się co wisiał na niej. Skuliłem się więc pod okularem i ostrożnie nakierowałem teleskop na ten fragment Perseusza gdzie miała znajdować się kometa, aż wreszcie mignęła mi. Mgławicowa otoczka otaczała gwiazdopodobne jądro. Tak mnie to zachwyciło że zapomniałem o stabilizacji. Trzecia nóżka zsunęła się z murku a luneta poleciała na drugą stronę, na schody piwnicy. W ostatniej chwili złapałem dwie pozostałe nóżki, mając nadzieję że się nie załamią. Na szczęście lunecie nic się nie stało, a ja nawet się nie przeziębiłem, choć leżałem na ośnieżonej ziemi.
Potem jednak parę razy luneta mi się przewróciła, aż przekrzywiła się główna soczewka w obiektywie, musiałem wyjmować i wkładać jeszcze raz. Z innych wad należy wymienić ów zmiennoogniskowy okular, który był niezupełnie dobrze pomyślany. Soczewki były tak przymocowane, aby ich oprawki dawały się przesuwać w spiralnych rowkach, co zmieniało ich odległość od siebie. Te rowki były jednak właściwie szczelinami w tulejce na której się trzymały, pod ruchomym pokrętłem. Przez te szczeliny do środka wchodziła para wodna, przez co okular potrafił zaparować lub zaszronić się od środka, w dodatku wpadał tam też kurz i pył, co wymusiło konieczność okresowego delikatnego czyszczenia soczewek przy pomocy watki nawiniętej na zapałkę (patyczki do uszu się nie mieściły). W dodatku przy ruchach śruba mocująca montaż azymutalny do statywu odkręcała się i trzeba było ją dokręcać. Aż pewnej nocy 2008 roku odkręciła się całkiem, i gdy wracałem do domu wypadła nie wiadomo gdzie i zagubiła się. A bez niej ponownie zamocować się już lunety nie dało.

Przerzuciłem się więc na lornetki. Najpierw pożyczyłem jedną od znajomego, potem bardzo tanio kupiłem jedną w sklepie. W sierpniu pojechałem do Kawęczynka na XII zlot miłośników astronomii OZMA i tam uzyskawszy drugie miejsce w konkursie wiedzy astronomicznej wygrałem lornetkę Bresser 8/50, bardzo dobrej jakości, którą mam po dziś. Okazuje się że lornetką też można wykonywać ciekawe obserwacje, a w przypadku zjawisk rozległych - gromad gwiezdnych czy koniunkcji planet, jest nawet lepsza od teleskopu.

Ale cóż, czym lepszy sprzęt tym lepiej, dlatego postanowiłem kupi teleskop. Wolałem się zmieścić w kwocie 600-700 zł. Początkowo myślałem o Astro Masterze 114/1000 ale wyczytałem na forach astronomicznych że daje niewyraźne obrazy, bo ogniskowa jest trochę naciągnięta, i trzęsie bo ma za słaby stelaż na taką masę. Potem obiecujący wydawał się Spinor Optics 130/900, ale miał dużo negatywnym opinii, więc po rozważeniu plusów i minusów wybrałem Sky-Watcher Synta N-114/900 EQ-2.

A teraz dla niezupełnie zorientowanych czytelników coś o teleskopach. Teleskop to taki układ optyczny, który powiększa obraz odległych przedmiotów, dzięki czemu obserwujemy je jakby przybliżone. Najprostszy układ to dwie soczewki wypukłe zamocowane na dwóch końcach rurki. Oczywiście gdyby to tylko na tym polegało, to niewielki układ z dużym powiększeniem byłby już użyteczny, jednak trzeba pamiętać, że im więcej razy powiększymy pewien obraz, tym bardziej spada jego jasność powierzchniowa - księżyc o średnicy widomej X i jasności Y powiększony dwa razy do średnicy 2X ma widomą powierzchnię 4 razy większą. Jasność całkowita pozostaje taka sama, ale jest rozłożona na większą powierzchnię. Po powiększeniu do 100 X widoczny w polu widzenia kawałek księżyca byłby już tak ciemny, że nie dało by się spostrzec żadnych szczegółów.
Aby temu zaradzić należy zwiększyć średnicę obiektywu przez który do teleskopu wpada światło oglądanych obiektów, tym samym zwiększając ilość zebranego światła. Obiektyw lunety lub lornetki o średnicy 50 mm w porównaniu z ludzką źrenicą o średnicy maksymalnie 8 mm zbiera prawie 45 razy więcej światła. Oprócz możliwości uzyskania jasnych obrazów w dużych powiększeniach skutkuje to jeszcze czymś, związanym z właściwościami fizjologicznymi oka. Czułość siatkówki jest ograniczona. Obiekty zbyt ciemne nie będą zauważalne, toteż jesteśmy w stanie zobaczyć gwiazdy o jasności maksymalnie 6,5-7 wielkości gwiazdowej. Gdy jednak zwiększymy powierzchnię zbierającą, do oka, za pośrednictwem teleskopu, wpadnie więcej światła, a więc może ono wychwycić obiekty znacznie słabsze. Teoretyczny, podawany przez producenta zasięg mojego teleskopu, to 12 wielkość gwiazdowa, co oznacza obiekty tysiące razy słabsze od widzianych gołym okiem.
Układy optyczne powiększające obraz można podzielić zasadniczo na dwa typy - te korzystające z soczewek i te korzystające z luster wklęsłych. Z soczewkowymi (refraktor) to wiadomo - światło wpada przez dużą soczewkę w obiektywie, biegnie przez rurę tubusa i tam trafia na drugą soczewkę lub ich układ. W zwierciadlanych reflektorach wpada do tubusa i dopiero na dnie trafia na wklęsłe zwierciadło, które skupia światło na lusterku ustawionym przed nim. W konstrukcji typu Newtona lusterko to odbija światło w bok i tam, z boku tubusa, umieszczony jest okular. Tego właśnie typu jest mój teleskop.

A więc wybrałem teleskop, zamówiłem (kosztował 625 złotych) i czekałem. Po weekendzie przyszła przesyłka ale dopiero po kilku dniach mogłem ją rozpakować. Całość ważyła 16 kg i miała dosyć znaczne rozmiary. W środku wielkiego pudła mniejsze pudełka, a w tych części do złożenia:
Złóż to sam

Więc ostrożnie, zgodnie z instrukcją poskręcałem ze sobą wszystkie części otrzymując takie oto ustrojstwo:

Na trójnogu zaopatrzonym w półkę na drobne rzeczy, która po przykręceniu zwiększa jego stabilność przykręcony został montaż paralaktyczny, umożliwiający obrót w dwóch prostopadłych osiach. Na przedłużeniu osi prostopadłej do tuby przymocowana jest przeciwwaga z ołowianych krążków. Bez niej tubus przeważyłby oś i trudno było by płynnie nią obracać. Z drugiej strony bez niej jest lżejszy, dlatego gdy chcę go przenieść gdzieś daleko, odkręcam ją i wkładam do plecaka. Na tubusie, nad obiektywem przymocowana jest mała lunetka celownicza o niedużym powiększeniu w większym polu widzenia. Pierwszym co zrobiłem po skręceniu teleskopu była kolimacja osi optycznych lunetki i teleskopu, czyli ustawienie jej przy pomocy trzech śrub tak, aby krzyżyk linii pomocniczych wypadał dokładnie na tym obiekcie, jaki widać w okularze. Tutaj pokazuję przykład nastawienia na wenus:

< W lunetce

                                                       W okularze >











Teoretycznie powinienem przeprowadzić jeszcze kolimację ustawienia lustra głównego względem wtórnego, ale nie zauważyłem aby były względem siebie przekrzywione. Od strony obiektywu wnętrze prezentuje się tak (odbicie w lustrze głównym):

Znacznie lepiej wyszedłem jednak na zdjęciu zrobionym przez boczny otwór, bez wkręconego obiektywu:

Tak więc wypadało zrobić pierwsze obserwacje. Niestety balkon z którego mogłem obserwować był dosyć ciasny. Gdy zachodziła wenus i udało mi się ustawić teleskop dokładnie na nią, okular wypadał tuż nad barierką, jeszcze gorzej było gdy chciałem zobaczyć zachodzący księżyc po nowiu, bo okular wyszedł za barierkę i musiałem się wychylić, ale widok rekompensował wszytko:

Udało mi się jeszcze złapać Saturna z dobrze widocznym układem pierścieni, niestety przerwy Cassiniego nie dało się zobaczyć. Próbowałem zrobić mu zdjęcie przykładając aparat do okularu, lecz drżenie rąk powodowało, że nie dało się uzyskać ostrego obrazu. Zastosowałem więc niegodną sztuczkę włączając lampę błyskową ale osłaniając ją ręką. Czas naświetlana skrócił się i udało się zrobić jedno zdjęcie, ale jakość pozostawia wiele do życzenia:

Chyba będę musiał dokupić złącze do aparatów cyfrowych. Niedługo potem zaszedłem do znajomych mieszkających w domu wolnostojącym, aby przeprowadzić u nich wieczorek gastro-astronomiczny. W przerwach oglądania kolejnych obiektów na ich podwórku zachodziłem do środka na tortillę. Pokazałem im Księżyc, Saturna i gwiazdy podwójne - deltę lutni a na chwilę udało mi się złapać gwiazdę "podwójnie podwójną" Epsilon Lyrae, czyli układ dwóch gwiazd podwójnych. Przy zastosowaniu obiektywu Barlowa dającego powiększenie 180 razy dawało się je rozdzielić. Potem pokazałem im Albireo w Łabędziu, piękną parę gwiazd - jednej złotożółtej a drugiej niebieskawej. Szukałem jeszcze później jakiś gromad gwiezdnych, ale albo nie wyglądały interesująco bo były szerokie albo nie mogłem ich znaleźć - pole widzenia nawet w małych powiększeniach nie jest duże, do czego będzie trzeba się przyzwyczaić, ale wyszło na jaw że z powodu długiej przerwy w obserwacjach pozapominałem niektóre rzeczy.
Niestety gromada podwójna h i hi Persei była za nisko a moje kochane Plejady całkiem niewidoczne.

Duża waga teleskopu utrudnia  poruszanie. Zaś duże rozmiary wywołują pytanie o to gdzie go będę trzymał. Zdążyłem też mieć z nim perypetie akrobatyczne. Gdy go skręcałem, przykręciłem go do trójnogu o nóżkach wysuniętych do końca. Potem chciałem go obniżyć, więc odkręciłem blokady dwóch nóżek i oczywiście natychmiast wsunęły się niemal do końca a trzecia, nie odblokowana tak przechyliła teleskop, że przewrócił się. Ja, przykucnięty przy ziemi, przypominając sobie tamtą grudniową noc złapałem za nóżki a 16 kilogramów niemal mnie przeważyło. Na szczęście zapobiegłem katastrofie i lekko oparłem teleskop o fotel a i tak dostałem w głowę przeciwwagą.

I co teraz? A no teraz szykuj się do obserwacji tranzytu Wenus. Ostatni miał miejsce w 2004 roku. Następny będzie miał miejsce... w tą środę. 6 czerwca gdy wstanie Słońce planeta już będzie widoczna na jego tle i będzie przez nie przechodzić do 6:50. Oczywiście nie mogę tego przegapić, bo więcej razy już nie będę miał okazji. Specjalnie w tym celu kupiłem filtr słoneczny, mający postać srebrnej folii, niepokojąco podobnej do tych z kwiaciarni. Już ją wypróbowywałem oglądając plamy słoneczne:

Teraz pozostaje mieć tylko nadzieję, że pogoda będzie dobra.

1 komentarz: